Wpisy
I już wiem co będzie od marca. Niby to samo miejsce pracy a jednak zupełnie inne, tylko niektóre rzeczy dookoła przyjaźnie znajome. I tyle. A reszta to walka o przetrwanie wśród obcych. Człowiek, to jednak taka bestia, że przyzwyczaja się do wszystkiego. Podobno. Mnie póki co cieszy perspektywa wiosny, bo wtedy to już będzie tuż, tuż...
A moim uśmiechem na twarzy wciąż wspomnienia chwil i jak dobrze, że one są...
Bo to wiruje wszystko gdzieś w powietrzu drogą przez magistralę.
Bo właśnie te chwile, te małe drobnostki, to krótsze bądź dłuższe zapatrzenie, wirująca chemia wymieszana z obopólnym zapachem perfum i ciał, to wszystko składa się w to jedno. W szczęście.
I nie ważne, że tak krótkie i nieuchwytne na dłuższą chwile. Naprawdę nieważne.
Roznosi mnie energia.
"Wolałabym żeby już było jutro..."
Ja też. Ja też już chcę jutra.
Już niedługo. Jeszcze tylko kilka dni i będę mogła zatopić się w tych ramionach.
Teraz. Cała sobą jestem jak wiosna.
Banki. Papierki, druczki, kruczki, chwyty, gwiazdki, ukryte kurwa COŚ co pozbawiło mnie środków na koncie. I guzik mnie obchodzi, że to system, że on tak sam, że zwrot oczywiście, ale to może potrwać miesiąc... Że co?! Miesiąc?! To ja poproszę żeby przez ten miesiąc ów system mnie trzymał przy życiu.
Czasem mam wrażenie, że żyję w chorym kraju.
Uczę się powoli, że nie muszę być idealna. Uczę się dostrzegać w sobie drobne drobnostki, które pozwalają cieszyć się sobą. Uczę się wiary w te wszystkie słowa, które tyle razy przecież słyszałam a w które nie do końca dowierzałam. Po co miałbyś kłamać? Mnie nie musiałbyś.
Przecież wciąż jestem tą dziewczyną w wypiekami na twarzy i jasnej, bladej karnacji. Wciąż zakładam barwne spódniczki, które tak cieszą oko. Wciąż w kącikach ust pojawia się ten sam uśmiech a roziskrzone spojrzenie błyszczy i cieszy. Udaje się to wszystko ze mnie wydobyć, udaje się mnie zawstydzić słowami i nie jestem w tym ani trochę idealna. Nie muszę przecież być.
I taką siebie lubię. I taką lubisz mnie i Ty.
A za oknami słońce, a za oknami ptaki śpiewają... Styczeń. Bóg się chyba pomylił.
Drugi stycznia dwa tysiące dwanaście. Pobudka dwunasta z minutami. Leniwy dzień. Wolny pomimo, że inni już wpadli w poniedziałkowy, nowo tygodniowy rytm zajęć. Z uśmiechem na twarzy witam nowy dzień... A przecież nic się nie zmieniło, zupełnie nic a nic, ziemia nadal się obraca, słońce gaśnie i powraca, czas nie stanął w miejscu. A ja wiem, że ktoś gdzieś myśli o mnie. I to wystarczy na ten czas. Musi wystarczyć. I nade wszystko jest to banalny powód do uśmiechu, tak bardzo banalny, że sama sobie się dziwię, że tylko tyle było wstanie wydobyć ze mnie cząstkę małej, roześmianej dziewczynki z wypiekami na twarzy. Uwielbiam tak się czuć.
Drugi stycznia dwa tysiące dwanaście. Poniedziałek. Na zegarze mamy trzynastą trzydzieści trzy...
Gdybym pojawiła się wcześniej. Te kilka lat. Może wtedy byłoby inaczej, może wtedy teraz nie tęskniłabym, nie myślała, nie marzyła, bo to wszystko byłoby moje. Może... To tylko wróżenie z fusów. Jest jak jest a ja mimo wszystko kolejny rok kocham po swojemu, kolejny raz w myślach życzę wszystkiego dobrego i czekam na kolejną chwilę kiedy się spotkamy. Tak mało a tak dużo zarazem. O losie jaki ty jesteś przewrotny!
Jednak lubię te myśli. Te marzenia. Te krótkie, nieczęste spotkania. Lubię te zapatrzone oczy. Nieuczesane myśli. Chemię wirującą w powietrzu. Dreszcz pod skórą.
Kilkaset kilometrów dalej. Tęsknie jakoś dziwnie chociaż nie wolno mi tęsknić. Beznadziejny tor uczuć a tak miły jednocześnie. Nowy Rok... Nowy Rok...
Budzę się późno. To bardzo niestosowne spać prawie do 13 istne marnotrawstwo czasu... No cóż. Należy mi się po tych w sumie mało odpoczynkowych dniach i faktu, że krew mnie zalewa (dosłownie).
Za oknem szaro, brudno, ponuro wprost idealnie na mój łóżkowy dzień i nawet nie wiem, czy chce mi się pić kawę, czy też może kefiru się napić a może wstać i pójść do sklepu po zapas mineralnej, a może wcale nigdzie się nie ruszać... Znalazłam się chyba w trybie off. Jedyne na co mam ochotę to na dobrą książkę, która przeniosłaby mnie na chwilę w inne miejsce, pochłonęła bez reszty i zostawiła miły smak w mojej głowie po jej zakończeniu.
Mimo wszystko jest mi dziś wyjątkowo błogo i dobrze. Nie spieszę się, nie biegnę, nie szaleję, nie wściekam, nie płaczę... Uśmiecham się gdzieś w kącikach ust do samej siebie.
Dobrze. Po prostu dobrze.