Wpisy
Kolejna kawa i przesilenie wiosenne dające się we znaki. Mimo okrutnej senności głowa przytulona do poduszki wcale nie funduje snu w zamian za to natłok myśli, wspomnień i tych drobnych, małych moich tęsknot...
Czuję a to podobno znaczy, że żyję.
Nie wierzyłam, że przyjdzie taka chwila, kiedy będę mogła powiedzieć samej sobie prosto w oczy "lubię cię mała".
A jednak przyszła.
Chwilo... Trwaj!
Plus dziesięć na termometrze. Fajnie. To lubię. Otwieram balkon i wpuszczam trochę cieplejszego powietrza do pokoju. Humor gdzieś wznosi się na wyżynach, przeplatając się z uśmiechem zupełnie beż żadnego konkretnego powodu... Mogłabym śpiewać... Chociaż może lepiej nie.
Mam pomysł na siebie. Na życie. Zmarnowałam kilka dobrych lat na pytaniu siebie samej o to czego tak naprawdę chcę. Pytanie bez odpowiedzi, bez ambicji, celów, marzeń... Tak po prostu życie z dnia na dzień w rytmie niech się dzieje... Totalnie bezsensu. I potrzeba było tyle czasu bym to zrozumiała.
A może właśnie po to było mi to co czuję? Bo czuję. I nie mogę wyprzeć się tego sama przed sobą, przed wszystkimi, ale nie przed sobą. Może to wszystko właśnie taki miało cel? By uwierzyć we własną wartość i potencjał. By dodać mi skrzydeł, bym w końcu potrafiła siebie określić bez krzywych spojrzeń w lustro.
Po swojemu dziękuję.
I to lubię... To słońce wdzierające się do pokoju ukradkiem pomiędzy zasłoniętymi żaluzjami.
I nic więcej na teraz nie potrzeba.
No może jedynie męskiej dłoni do "formowania"... Bo moje ciało jest jak ta mięknąca pod wpływem ciepła plastelina.
No właśnie... Porwało mnie zajebiste życie, tak zajebiste, że aż mi słów brakuje. Tak samo jak brakuje mi czasu. Na wszystko. I po co człowieku tak biegniesz? Po co uganiasz się za tym wszystkim?
Dni przeciekają przez palce jeden za drugim, kolejny miesiąc dobiega końca a mi się wydaję jakbym stała ze wszystkim w miejscu tym bardziej im więcej chcę zrobić, załatwić, zdążyć. Czy właśnie o to w tym wszystkim chodzi?
Zatrzymać się na chwilę, położyć na zielonej, pachnącej trawie i pozwolić, by promienie słońca opatulały nagie ramiona... Chcę.
Zielony lakier na paznokciach cieszy mój wzrok, pachnące włosy motają się gdzieś wokół nosa...
Tak spokojnie.
Tak dobrze.
Brakuje tylko tych ramion do przytulenia.
A we mnie znów coś pęka, szarpię mną i doprowadza do frustracji. Znów moja wewnętrzna wiosna zachwiała się i niebo nie jest już tak błękitne jak było. I zupełnie nie wiem dlaczego... Wolałabym wiedzieć. Wolałabym znać wroga, by móc wypowiedzieć mu wojnę.
Chyba, że to ja sama dla siebie jestem wrogiem.
Podziwiam ludzi (a może wcale to nie jest podziw, tylko zdziwienie), którzy mają w sobie tyle samozaparcia, by w taki mróz wstać rano tylko po to, by pójść pobiegać.
A może to masochizm?
Ja tam wolę ciepłe łóżko.
I już wiem co będzie od marca. Niby to samo miejsce pracy a jednak zupełnie inne, tylko niektóre rzeczy dookoła przyjaźnie znajome. I tyle. A reszta to walka o przetrwanie wśród obcych. Człowiek, to jednak taka bestia, że przyzwyczaja się do wszystkiego. Podobno. Mnie póki co cieszy perspektywa wiosny, bo wtedy to już będzie tuż, tuż...
A moim uśmiechem na twarzy wciąż wspomnienia chwil i jak dobrze, że one są...
Bo to wiruje wszystko gdzieś w powietrzu drogą przez magistralę.
Bo właśnie te chwile, te małe drobnostki, to krótsze bądź dłuższe zapatrzenie, wirująca chemia wymieszana z obopólnym zapachem perfum i ciał, to wszystko składa się w to jedno. W szczęście.
I nie ważne, że tak krótkie i nieuchwytne na dłuższą chwile. Naprawdę nieważne.